Dziś przeczytałam na jednym z onetowskich blogów, że „Młodzi nie mogą znaleźć pracy” i, jak często przy podobnym temacie, wpadam w szewską pasję.
Może ominął mnie etap kryzysu na rynku, ale do diaska, kiedy szukałam swojej pierwszej pracy w biurze, w roku 2008, zajęło mi dwa miesiące znalezienie firmy, która zdecydowała się zatrudnić mnie płacąc 1100 złotych na rękę. Nie była to może rewelacja, praca w korporacji ani nawet rozwijające zajęcie, ale pamiętam wszystkie rozmowy, szukanie budynków, firm, pamiętam rozsyłanie po 60-70 cv tygodniowo na pracę na zastępstwa, wieczorem, w ciągu dnia, w faxroomach, recepcjach, sekretariatach. Pamiętam, że wybrałam sobie próg, że składam CV jeśli spełniam tylko wymagania albo nie spełniam 1-2, bo a nuż może zainwestują swój czas (i inwestowali!) na rozmowę ze mną.
Ostatnio pisała do mnie znajoma z prośba o konsultację dotyczącą CV i przygotowanie do rozmów – bez fees’u, bo oczywiście stan bezrobotny nie pozwala, ale może usługa o odroczonej płatności (czyli, jak na ogół, na nigdy).
Odbyłyśmy 4 godzinne spotkanie w trakcie którego przeorganizowałyśmy jej resume i „przeleciałyśmy” standardowe pytania rekrutacyjne i wyszukałyśmy w cv wszystkich potrzebnych odpowiedzi.
Zadzwoniłam do niej po tygodniu z pytaniem, jak idzie jej szukanie pracy – jeden ze znajomych szukał właśnie konsultanta, co by dobrze znał angielski i miał poukładane w głowie.
Dostałam jednak od niej odpowiedź, że nie miała czasu „na aplikacje”.
Obiecałam sobie po raz milionowy, że już nigdy, nigdy, nigdy nie udzielę konsultacji za darmo, ani nawet za pół standardowej ceny, ani nawet za trzy czwarte, bo nigdy nie szanuje się tego, co dostaje się za darmo.
I jeszcze na koniec dodam to, co chciałam napisać od początku:
Pracy nie mają Ci, którzy nie szukają, którzy mają nadzieję, ze praca im wskoczy, upieczeni absolwenci, którzy wyślą dwie kopie cv bazujące na szkicu z Internetu i czekają pół roku na odpowiedź, nie dzwoniąc do firmy ani nie pisząc nawet maila.
I tyle.